Tak się zastanawiam...
W czym niby ludzkości potrzebne jest, że będę biegał po blokowisku i wciskał ludziom kredyty, goniony prowizją od wcisku?
Musimy to robić, bo marketingowcy zmierzyli, że Firma na tym skorzysta...
Już nie zrozumiemy dlaczego ludzie szli zabijać podludzi, bo sami żyjemy w paranoi, gdzie najważniejsze jest złudzenie zadowolenia, nawet nie samo zadowolenie. Swastyka, pradawny symbol szczęśliwości, zadowolenia bardzo pasuje do obietnic jakie snują macherzy marketingu, psychologowie reklamy i sprzedaży. Symbole ułudy pewnie od zawsze wymierzone były w tych, co nie mogą sami się uszczęśliwić, nie mogą nawet pojąć czym jest szczęście, tym bardziej rozkochują się w prostych złudzeniach tegoż. Złudzenie to narkotyk, część człowieczeństwa jednostki zawsze czuje, że "to nie to", jednak wtedy druga część tym bardziej musi prowadzić zatwardziały bój o złudzenie.
Taki jest mechanizm faszyzmu, kapitalizmu, komunizmu, patriotyzmu... Taki sam jest mechanizm kupowania, objadania się, nadużywania, bycia na pokaz, sprzedawania, marzenia o bogactwie o byciu lepszym, byciu silniejszym, podziwianym, nagradzanym. Przy okazji niszczy się i depcze zdrowe relacje, zdrowe projekty, możliwości i środowisko innych ludzi i bytów. Można to nazwać, jeśli się jeszcze wierzy w jakieś wartości głupotą. Głupota jest przykrością, tworzy jednak swoje symbole, potem zabija. Chęć działania głupich jest tym silniejsza im bardziej niedorzecznego złudzenia zmuszają się bronić. Przymus jest więc dzieckiem pierwotnej głupoty, tam gdzie rządzi przymus wcześniej czy później głupota zaczyna zabijać. Jeśli nie zabija tego, co jest, to na pewno zabija to, co mogłoby być.
Przymus maksymalizacji korzyści i minimalizacji strat jest jakimś fantazmatem totalitaryzmu, nie jest to żadna ekonomia racjonalna bo ani korzyści, ani straty w świecie ludzkim nie są racjonalne, ani tak totalnie projektowalne jak chcą rynki. Tylko moralne czyny: tworzenie dobrych szkół, wyrównywanie szans, niewykluczanie ludzi, których się nie rozumie ale znajdowanie wspólnego języka w celu dzielenia się inspiracjami owocują w ludzkich społecznościach rozwojem. Wcale nie te, które każą zamykać szkoły, wprowadzać bez końca nowe opłaty, wykluczać słabych, żeby silni maksymalizowali zyski.
Ekonomia korzyści kapitałowych bazuje na przestarzałych marzeniach. Przestarzałych złudzeniach, jakie mieli np. hitlerowcy podbijając świat. Ich projekt zakładał wielką Firmę niemiecką dającą obietnice karier, ścieżki rozwoju w zamian za poświęcenie i oddanie swych pracowników. Kult kariery narodowej pod logiem szczęśliwości. Piekna fatamorgana, która wciąż obecnie odbija się rykoszetem od mózgów bezbronnych młodych ludzi pozostających na wykluczonym marginesie (a może już nie tylko), którzy nie zaznali w swoim życiu od swojego bliższego i dalszego otoczenia zbyt wielu moralnych czynów. Projektują więc potrzebę rozwoju w potrzebę siły. Potrzebę siły wyrażają dostępnymi sobie środkami i wzorami.
Faszystami stajemy się wszyscy, bo obiecano nam kwadratowe szczęście swastyki. Żydzi, Ormianie, Romowie, chorzy też wypadli swego czasu poza konkurencję, tak jak dzisiaj bezrobotni bez doświadczenia, bez poczucia własnej wartości, bez biegłej obsługi, komunikatywności, motywacji, gotowości... Gotowość - nowa swastyka. Musisz być gotowy, skończony niczym symbol, obiecywać Firmie same korzyści a rynkom opłacalność. Innym ludziom imponować swoją mocą, a sobie nie sprawiać problemu w pokonywaniu szczebli kariery.
Najgorsze nie jest to, że Amerykanie podsłuchują wszystkich, ale że wciąż wydaje im się to najwyższą koniecznością. Tak samo jak koniecznym wydaje się milionom ludzi oszukiwanie i kłamanie w celu "bycia lepszym" od Innych. Pogoń za byciem lepszym niż to, czego się nie wie, to stanowczy ruch przeciwko wrażliwości i możliwościom twórczym czyli zwykły brutalny faszyzm.
psychospołeczne problemy dylematy prywatne lematy niepoprawne smutne wnioski oczywistości niepopularne niegłębokie pretensjonalne wezwania do myślenia zamiast działania przeciw zbrutalizowaniu relacji społecznych antyproduktywność rozluźniająca
niedziela, 14 lipca 2013
środa, 5 czerwca 2013
Wolny dostęp - argumenty
Głównym problemem dzisiaj jest to, że każdy coś chce robić. Tak. Tak uważam, w przeciwieństwie do garniturowych ekonomów z radia i teleczegotam. Oni uważają, że bezrobocie, że nieróbstwo, że niedorozwój i niewzrost pekabe. A ja uważam inaczej. Taki jestem mądry.
Dlaczego współczesna ekonomia się wali? Bo nie ma wzrostu. Ot tautologia na miarę homo sapię. Potrzebny wzrost. Ale jaki wzrost, czego wzrost? Ponieważ sobie pstrykam namiętnie i wnikam w fotografię to widzę, że każdy teraz robi dobre zdjęcia, każdy robi je jak chce, coraz lepszym sprzętem, z coraz lepszymi pomysłami. W Azji, na Filipinach, Gruzji, Syberii, wszędzie ludzie robią fajne zdjęcia i dzielą się nimi (oczywiście każdy by chciał zarabiać ale nie w takim systemie przecież jak obecnie, ale o tym zaraz).
Nie tylko chodzi o zdjęcia. Zresztą, kiedy widzę zdjęcia, które wygrywają jakieś megakonkursy, a nawet małe konkursy to mam wrażenie, że różnią się od innych syberyjskich i filipińskich, oraz polskowiejskich tylko tym, że eksploatują jakieś telewizyjno-przaśne tematy, niczym innym, a już na pewno nie wartością artystyczną. No ale znowu nie o tym... Bo to samo tyczy się innych dziedzin. Powstaje tak wiele świetnej, inspirującej i ciekawej po prostu muzyki, że gdybym miał kupować płyty od soniego to chyba nie wiem co... Zjełczałyby mi uszy.
To na przykładzie muzyki najlepiej widać, że współczesna ekonomia nie ma sensu. Technologia idzie do przodu w tym sensie, że coraz większej liczbie ludzi umożliwia wyrażanie twórcze. Tymczasem telemolochy sprzedawać chcą tego samego jak najwięcej, dlatego kreują kicz za kiczem i kiczem dopychają jakby my gęsi do tuczenia... A my nie gęsi, swój język mamy, swoją twórczą wyobraźnię. Choć oczywiście każdy by chciał sprzedawać... No ale nie o tym! Zresztą kicz nie jest zły, ale nie samym kiczem na boka człowiek żyje! W czasach biblijnych był chleb, jako wszelkie tło wszelkich wydarzeń, teraz jest kicz jako parafraza chleba. Mówić jednak ciągle o chlebie i ciągle żywić się kiczem to jakby cały czas leżeć i drapać się po dupie. Bez sensu, choć czasem może i fajnie.
Więc konkludując niekonkluzywności wszelakie, aha, jeszcze na przykład śmierć dziennikarstwa - no przecież dzisiaj każdy mógłby być dziennikarzem, każdego stać na refleksję na poziomie pogodynki, prezentera. I zresztą kwitną nam vlogi, blogi, śmogi. I pokochaliśmy je bardziej niż niejednego Durczoka i wielbłąda. To fajne, bo stajemy się trochę bardziej społeczni mimo wszystko dzięki temu, że się dzielimy, że każdego stać na to, żeby zrobić megaprymitywnego vloga o tym jak rozpakowuje kosiarkę, którą zamówił sobie przez internet. Naprawdę, to jest bardziej społeczne niż praca w fabryce konserw i spędzanie wieczorów przed telewizorem. I bardziej optymistyczne na przyszłość.
Dlatego nie jestem zdania, że wszyscy internetowi frustraci, vlogerzy od siedmiu boleści, zakupoholicy internetowi powinni wziąć się do roboty i iść na etat do korporacji, która wydzwania o każdej godzinie dnia i nocy, bo chce wcisnąć abonament, kredyt i "nową wspaniałą ofertę" - i, że tylko to daje wzrost pekabe. Wręcz przeciwnie, to z kreatywności małych ludków tworzą się potęgi, kiedyś pucybut stawał się przemysłowcem, dzisiaj byle vloger staje się celebrytą... No ale też cała masa opajęczona siecią małych twórców tworzy nowy produkt, nową społeczną pracę i sprzedaje ją, niby za darmo, a tak naprawdę za wszystko co bierze, czy jest w stanie wziąć w zamian. Wymiana, wolny dostęp to prawa tego rynku. Nowego rynku, który częściowo przenika się i będzie przenikał oraz przekładał na pekabe i pekaes(?), ale częściowo pewnie zakwitnie czymś nowym.
Dlaczego jednak, skoro każdy chce coś robić, to grzęźniemy w bagnie? O tym jednak już w następnej bajce.
Dlaczego współczesna ekonomia się wali? Bo nie ma wzrostu. Ot tautologia na miarę homo sapię. Potrzebny wzrost. Ale jaki wzrost, czego wzrost? Ponieważ sobie pstrykam namiętnie i wnikam w fotografię to widzę, że każdy teraz robi dobre zdjęcia, każdy robi je jak chce, coraz lepszym sprzętem, z coraz lepszymi pomysłami. W Azji, na Filipinach, Gruzji, Syberii, wszędzie ludzie robią fajne zdjęcia i dzielą się nimi (oczywiście każdy by chciał zarabiać ale nie w takim systemie przecież jak obecnie, ale o tym zaraz).
Nie tylko chodzi o zdjęcia. Zresztą, kiedy widzę zdjęcia, które wygrywają jakieś megakonkursy, a nawet małe konkursy to mam wrażenie, że różnią się od innych syberyjskich i filipińskich, oraz polskowiejskich tylko tym, że eksploatują jakieś telewizyjno-przaśne tematy, niczym innym, a już na pewno nie wartością artystyczną. No ale znowu nie o tym... Bo to samo tyczy się innych dziedzin. Powstaje tak wiele świetnej, inspirującej i ciekawej po prostu muzyki, że gdybym miał kupować płyty od soniego to chyba nie wiem co... Zjełczałyby mi uszy.
To na przykładzie muzyki najlepiej widać, że współczesna ekonomia nie ma sensu. Technologia idzie do przodu w tym sensie, że coraz większej liczbie ludzi umożliwia wyrażanie twórcze. Tymczasem telemolochy sprzedawać chcą tego samego jak najwięcej, dlatego kreują kicz za kiczem i kiczem dopychają jakby my gęsi do tuczenia... A my nie gęsi, swój język mamy, swoją twórczą wyobraźnię. Choć oczywiście każdy by chciał sprzedawać... No ale nie o tym! Zresztą kicz nie jest zły, ale nie samym kiczem na boka człowiek żyje! W czasach biblijnych był chleb, jako wszelkie tło wszelkich wydarzeń, teraz jest kicz jako parafraza chleba. Mówić jednak ciągle o chlebie i ciągle żywić się kiczem to jakby cały czas leżeć i drapać się po dupie. Bez sensu, choć czasem może i fajnie.
Więc konkludując niekonkluzywności wszelakie, aha, jeszcze na przykład śmierć dziennikarstwa - no przecież dzisiaj każdy mógłby być dziennikarzem, każdego stać na refleksję na poziomie pogodynki, prezentera. I zresztą kwitną nam vlogi, blogi, śmogi. I pokochaliśmy je bardziej niż niejednego Durczoka i wielbłąda. To fajne, bo stajemy się trochę bardziej społeczni mimo wszystko dzięki temu, że się dzielimy, że każdego stać na to, żeby zrobić megaprymitywnego vloga o tym jak rozpakowuje kosiarkę, którą zamówił sobie przez internet. Naprawdę, to jest bardziej społeczne niż praca w fabryce konserw i spędzanie wieczorów przed telewizorem. I bardziej optymistyczne na przyszłość.
Dlatego nie jestem zdania, że wszyscy internetowi frustraci, vlogerzy od siedmiu boleści, zakupoholicy internetowi powinni wziąć się do roboty i iść na etat do korporacji, która wydzwania o każdej godzinie dnia i nocy, bo chce wcisnąć abonament, kredyt i "nową wspaniałą ofertę" - i, że tylko to daje wzrost pekabe. Wręcz przeciwnie, to z kreatywności małych ludków tworzą się potęgi, kiedyś pucybut stawał się przemysłowcem, dzisiaj byle vloger staje się celebrytą... No ale też cała masa opajęczona siecią małych twórców tworzy nowy produkt, nową społeczną pracę i sprzedaje ją, niby za darmo, a tak naprawdę za wszystko co bierze, czy jest w stanie wziąć w zamian. Wymiana, wolny dostęp to prawa tego rynku. Nowego rynku, który częściowo przenika się i będzie przenikał oraz przekładał na pekabe i pekaes(?), ale częściowo pewnie zakwitnie czymś nowym.
Dlaczego jednak, skoro każdy chce coś robić, to grzęźniemy w bagnie? O tym jednak już w następnej bajce.
czwartek, 16 maja 2013
Wyobrażone szczęście
Co ma ze sobą wspólnego szczęście, łatwizna, cierpienie i współczesna edukacja?
Wszystkiego jest za dużo, ludzi, problemów, emocji, informacji, możliwości, marzeń
i cierpimy tym inaczej niż kiedyś, a żyć próbujemy tak samo (niby), sprzedawać i kupować tak samo. Chcemy szczęścia, "chcemy cudu", i "nie chcemy się bez sensu snuć" czyli - jakoby, cierpienie w grę wchodzić nie mogło...
Z pewnego punktu widzenia wyobrażone szczęście to jednak więzienie. Więzienie myśli, bardzo niewiele oddające z tego, co może zaistnieć w życiu. Bo życie jak wiadomo potrafi zaskoczyć :). A wyobrażamy sobie tylko pewne statyczne sceny i scenerie pełne wyobrażonego dobra, jakie dostało się do naszych jaźni poprzez kulturową transfuzję, która przebiega przecież w zupełnie niehigienicznych warunkach zmarniałych, zanieczyszczonych wszelkim jadem społeczności.
Podobnie jest z pójściem na łatwiznę - zrobieniem dzisiaj tego samego co zrobiło się wczoraj, pomyśleniem tak samo o tym samym, zlekceważeniem tego, co się pojawia jeśli tylko się "dobrze przyjrzeć" i odegraniem znów roli dawno wyuczonej.
Wszystkie nasze małe przyzwyczajenia - wślizgiwanie się w potok fizycznego świata poprzez stare uprzedzienia - niewiara w to, że można ciasto, które się spaliło upiec bez spalenia - niewiara w możliwość wglądu do potoku rzeczywistości i liźnięcia go naszym myśleniem. Łatwizna, którą nam wpoili administracyjnie zawiadowcy stacji zwanych placówkami edukacyjnymi, macherzy rozdzielający różne dotacje i tym podobni. Te wszystkie glejty papierowe, które mają zaświadczać o tym, że niehybnie dane są nam wszelakie kompetencje a przedsięwzięcie, które firmują skazane jest na powodzenie.
Papierowe to jedno, mamy jednak jeszcze te psychiczne wybiegi, modne zwroty i powszechniki ludowego rozumu. Symbole, tego jak być, żeby być tak, jak inni wspaniali są, czyli najlepiej.
Co z tej łatwizny wynika? Cierpienie powielania i budzenia się co jakiś czas w panice. W niezmienności, w panice nie bycia tym, kim się niby jest (we własnej glowie-marzeniu). Ciągła rezygnacja z przebicia błony subiektywnego matrixa i wyjścia, do innego, do przepływu inności. Niby nie ma grzechu i lęku, że się będzie istotą marną, nie zasługującą na życie wieczne ale jest inny grzech i inne bycie marne. Nie ma świętych na słupach i pustyni ale są święci w telewizji, na modowym blogu i w reklamie. Są bogaci, są szefowie, są toczący swą karierę niby koło fortuny.
Grzeszni, bo brzydcy i niezdolni, niechciani przez życie, nieboscy nie otrzymamy możliwości aby być sobą, tak jak oni sobą są. Nie mając tego, co mają inni nie możemy być sobą! Do siebie wiedzie jedna tylko droga, droga zakupu jakiejś drobnej części kogoś innego. Relikwie. Współczesne relikwie mają postać skomplikowanych ćwiczeń charakteru, szczebli elitarnej edukacji, "dróg kariery" poprzez samobiczowania swojej niedoskonałej postaci i modlitewne zawierzenie w niewidzialne ręce dyplomowanych wiedzących i szkoleń. Czyli właściwie osiągnęliśmy coś, o czym marzyli święci - świętość na wyciągnięcie ręki. Relikwiarze krążą i sprzedają się jako standardowe spełnienie marzeń. Oto tragedia przeradza się w farsę, tępe cierpienie średniowiecza w rechocący obłęd konsumpcjonizmu?
Tymczasem taki mały przykład wywołuje we mnie lawinę przypuszczeń - otóż jacyś australijscy naukowcy wykazują, że zły humor poprawia nasz dostęp do informacji płynących ze środowiska, polepsza jakość pamięci o zdarzeniach a także wzmaga obiektywizm ocen jakim poddajemy innych. Dobry humor okazuje się być stanem umysłu podobnym halucynacji, więzi nas w naszej głowie, konserwuje schematy poznawcze, nawet nieświeżości naszych myśli. I co teraz? Niby mamy z zadowoleniem łykać to, co nam sprzedają wierząc w wyobrażone na podstawie reklam szczęście a jednak to nie działa. Zaczynamy majaczyć i jeśli nie mamy dość gotówki na operację plastyczną naszego życia - pojawia się zły humor, który jednak potrafi być dobrym doradcą :). Wkurzamy się dzisiaj o byle co, o czym to świadczy? Że nieźle musimy majaczyć w naszych życiach. Skoro tyle w nas fałszywej muzyki, to znaczy, że wiele do zrobienia.
Jak spełniać więc marzenia? W ruchu, w zmianie, w ciągłym napinaniu struny między bodźcem i reakcją ale nie dla przypływu adrenaliny, ale dla nabycia świadomości, że szczęścia ani dobrego samopoczucia nie posiądziemy na własność, nie jesteśmy właścicielami naszego życia i trzeba puścić nie tylko wodze fantazji, ale zaufać wszystkim strunom, żeby wybrzmiała melodia, bo jak mówi klasyk najlepsze randki z życiem nigdy nie są częścią planu.
Spełnianie marzeń to ich zmiana (to zmiana wyobrażeń?) ciągła i nieustępliwa. Wiedza, która w tym ma pomagać nie potrzebuje zapamiętania ani zapisania, potrzebuje - tak jak każda rzecz, której nie możemy skonsumować - miłości. Wiedza ludzka jest tak ułomna, krucha i nieporadna, że grożą jej wszelkie niebezpieczeństwa deformacji i niczego na świecie nie potrzebuje bardziej niż naszej miłości. Co jej jednak dajemy? Dajemy jej nasze perwersyjne powtórzenia, powielenia i jeszcze chcemy czerpać z tego przyjemność, chcemy to sprzedawać. Chcemy też kupować w nieskończoność małe odłamki, gromadzić małe kwadraciki i wyobrażać sobie jak układają się razem z tymi, których jeszcze teraz nie posiadamy, w przyszłości w piękny kwadratowy okrąg. Gdzie każdy kwadrat potwierdza idealnie kolistość.
Ale co właściwie z tej powyższej mowy kwiecistej wynika? Nie wiem. I dobrze się z tym czuję.
Wszystkiego jest za dużo, ludzi, problemów, emocji, informacji, możliwości, marzeń
i cierpimy tym inaczej niż kiedyś, a żyć próbujemy tak samo (niby), sprzedawać i kupować tak samo. Chcemy szczęścia, "chcemy cudu", i "nie chcemy się bez sensu snuć" czyli - jakoby, cierpienie w grę wchodzić nie mogło...
Z pewnego punktu widzenia wyobrażone szczęście to jednak więzienie. Więzienie myśli, bardzo niewiele oddające z tego, co może zaistnieć w życiu. Bo życie jak wiadomo potrafi zaskoczyć :). A wyobrażamy sobie tylko pewne statyczne sceny i scenerie pełne wyobrażonego dobra, jakie dostało się do naszych jaźni poprzez kulturową transfuzję, która przebiega przecież w zupełnie niehigienicznych warunkach zmarniałych, zanieczyszczonych wszelkim jadem społeczności.
Podobnie jest z pójściem na łatwiznę - zrobieniem dzisiaj tego samego co zrobiło się wczoraj, pomyśleniem tak samo o tym samym, zlekceważeniem tego, co się pojawia jeśli tylko się "dobrze przyjrzeć" i odegraniem znów roli dawno wyuczonej.
Wszystkie nasze małe przyzwyczajenia - wślizgiwanie się w potok fizycznego świata poprzez stare uprzedzienia - niewiara w to, że można ciasto, które się spaliło upiec bez spalenia - niewiara w możliwość wglądu do potoku rzeczywistości i liźnięcia go naszym myśleniem. Łatwizna, którą nam wpoili administracyjnie zawiadowcy stacji zwanych placówkami edukacyjnymi, macherzy rozdzielający różne dotacje i tym podobni. Te wszystkie glejty papierowe, które mają zaświadczać o tym, że niehybnie dane są nam wszelakie kompetencje a przedsięwzięcie, które firmują skazane jest na powodzenie.
Papierowe to jedno, mamy jednak jeszcze te psychiczne wybiegi, modne zwroty i powszechniki ludowego rozumu. Symbole, tego jak być, żeby być tak, jak inni wspaniali są, czyli najlepiej.
Co z tej łatwizny wynika? Cierpienie powielania i budzenia się co jakiś czas w panice. W niezmienności, w panice nie bycia tym, kim się niby jest (we własnej glowie-marzeniu). Ciągła rezygnacja z przebicia błony subiektywnego matrixa i wyjścia, do innego, do przepływu inności. Niby nie ma grzechu i lęku, że się będzie istotą marną, nie zasługującą na życie wieczne ale jest inny grzech i inne bycie marne. Nie ma świętych na słupach i pustyni ale są święci w telewizji, na modowym blogu i w reklamie. Są bogaci, są szefowie, są toczący swą karierę niby koło fortuny.
Grzeszni, bo brzydcy i niezdolni, niechciani przez życie, nieboscy nie otrzymamy możliwości aby być sobą, tak jak oni sobą są. Nie mając tego, co mają inni nie możemy być sobą! Do siebie wiedzie jedna tylko droga, droga zakupu jakiejś drobnej części kogoś innego. Relikwie. Współczesne relikwie mają postać skomplikowanych ćwiczeń charakteru, szczebli elitarnej edukacji, "dróg kariery" poprzez samobiczowania swojej niedoskonałej postaci i modlitewne zawierzenie w niewidzialne ręce dyplomowanych wiedzących i szkoleń. Czyli właściwie osiągnęliśmy coś, o czym marzyli święci - świętość na wyciągnięcie ręki. Relikwiarze krążą i sprzedają się jako standardowe spełnienie marzeń. Oto tragedia przeradza się w farsę, tępe cierpienie średniowiecza w rechocący obłęd konsumpcjonizmu?
Tymczasem taki mały przykład wywołuje we mnie lawinę przypuszczeń - otóż jacyś australijscy naukowcy wykazują, że zły humor poprawia nasz dostęp do informacji płynących ze środowiska, polepsza jakość pamięci o zdarzeniach a także wzmaga obiektywizm ocen jakim poddajemy innych. Dobry humor okazuje się być stanem umysłu podobnym halucynacji, więzi nas w naszej głowie, konserwuje schematy poznawcze, nawet nieświeżości naszych myśli. I co teraz? Niby mamy z zadowoleniem łykać to, co nam sprzedają wierząc w wyobrażone na podstawie reklam szczęście a jednak to nie działa. Zaczynamy majaczyć i jeśli nie mamy dość gotówki na operację plastyczną naszego życia - pojawia się zły humor, który jednak potrafi być dobrym doradcą :). Wkurzamy się dzisiaj o byle co, o czym to świadczy? Że nieźle musimy majaczyć w naszych życiach. Skoro tyle w nas fałszywej muzyki, to znaczy, że wiele do zrobienia.
Jak spełniać więc marzenia? W ruchu, w zmianie, w ciągłym napinaniu struny między bodźcem i reakcją ale nie dla przypływu adrenaliny, ale dla nabycia świadomości, że szczęścia ani dobrego samopoczucia nie posiądziemy na własność, nie jesteśmy właścicielami naszego życia i trzeba puścić nie tylko wodze fantazji, ale zaufać wszystkim strunom, żeby wybrzmiała melodia, bo jak mówi klasyk najlepsze randki z życiem nigdy nie są częścią planu.
Spełnianie marzeń to ich zmiana (to zmiana wyobrażeń?) ciągła i nieustępliwa. Wiedza, która w tym ma pomagać nie potrzebuje zapamiętania ani zapisania, potrzebuje - tak jak każda rzecz, której nie możemy skonsumować - miłości. Wiedza ludzka jest tak ułomna, krucha i nieporadna, że grożą jej wszelkie niebezpieczeństwa deformacji i niczego na świecie nie potrzebuje bardziej niż naszej miłości. Co jej jednak dajemy? Dajemy jej nasze perwersyjne powtórzenia, powielenia i jeszcze chcemy czerpać z tego przyjemność, chcemy to sprzedawać. Chcemy też kupować w nieskończoność małe odłamki, gromadzić małe kwadraciki i wyobrażać sobie jak układają się razem z tymi, których jeszcze teraz nie posiadamy, w przyszłości w piękny kwadratowy okrąg. Gdzie każdy kwadrat potwierdza idealnie kolistość.
Ale co właściwie z tej powyższej mowy kwiecistej wynika? Nie wiem. I dobrze się z tym czuję.
poniedziałek, 13 maja 2013
A teraz z zupełnie innej beczki - o Pracy jako takiej.
Jako wiecznie bezrobotny, leniwy acz pazerny (m.in. na przemyślenia) oczywiście codziennie dokonuję szeregu racjonalizacji swojego położenia życiowego w celu zmniejszenia poczucia deprywacji społecznej.
Miejsce zaszczytne należy się w tych moich zabiegach nie czemu innemu, ale refleksji nad fenomenologią pracy w jej zjawianiu się w społeczeństwie, czyli dookoła.
Praca, mianowicie, po pierwsze zasadza się na owym zjawisku rynkowym odpowiadania na potrzeby ludzi. Słowem - sprzedajemy to, czego chcą ludzie. A czego chcą? No chcą cukru dajmy na to. Więcej cukru w cukrze, cukru w czipsach, cukru w kotletach, w batonach, w keczupie, w śmietanie, w sałacie, chcą mieć pałera po prostu. Rozsadzać ramy, przenosić góry, spalać ostatnie z ostatnich trupich odłogów jakichśtam przedpotopowych trucheł roślinnych, jechać na tym do bólu i zajadać się cukrem, mieć polukrowane stosunki i wizerunki, żeby inni widzieli jak są wspaniali, lepsi, że się niczym nie przejmują i jadą, są szczęśliwi niczym dzieci! Właśnie dzieci, oto wdzięczny rynek zbytu. Pragnienia dzieci są nieskończone, multiplikują się w ich nieświadomych umysłach tak łatwo i spontanicznie jakby jakiś szalony szczep bakterii-matki, która zaraziła nas grzechem pierworodnym pragnienia cukru-szczęścia. W każdym podobno czai się dziecko-bakteria z jej dziwacznym ograniczonym wyobrażeniem szczęścia jako morza cukru. Gdzie szczęście niczym pot spływa obficie i nawilża każdy ruch nasz na planecie. Dziecko szczęścia. Bakteria-matka. Praca jako społeczna konwencja nie jest wcale taką, jaką przedstawiają nam ją ideolodzy i fetyszyści zadowolenia z siebie. Ekonomiści czyli kapłanii wielkiej religii, brygadziści nadzorujący budowę wielkich piramid z cukru mogą się jednak mylić? Jak patologiczny umysł może posunąć się do takiej tezy?
Otóż wydaje mi się - czyli co jakiś czas wśród bezkresu nicnierobienia na białej karcie mej duszy zjawia się myśl, że jesteśmy jak piromani-strażacy. Tak bezrefleksyjnie, w sposób kompulsywny i niepowstrzymany tworzymy patologie, z którymi później staramy się bezskutecznie walczyć, że nie omija ta skłonność bynajmniej tego, co czyni wolnym a więc samej pracy jako takiej. Już jej istota wciąż opierająca się o przymus dzielenia działania na produkty jest maszynerią produkującą cierpienie i nieszczęście. Przede wszystkim chodzi mi o rynek usług oczywiście, chociaż wszystkie przedmioty przeżywają ostatnio fazę redukcji do absurdu marketingowego - psują się z byle powodu, wyglądają tandetnie i groteskowo niczym kotlety z cukru, a do tego nowe modele pojawiają się szybciej niż nadążamy zauważyć, że coś mamy.
A co z usługami? Usługi - jakże wdzięczne słowo. Ze szkolnictwem, służbą... jakąkolwiek? Jakie potworki-produkty tutaj mogą powstawać. Cukrowe baby gadają z ekranu, tym samym cukrem zapchane kolejne widowiska, i watą cukrowo-papierową wypełnione obietnice rozwoju umieszczone w instytucjach. Ropa i cukier, czarne i białe. Chcieć to móc. Oto człowiek. Chce więc sobie bierze-daje i "jeszcze się tym szczyci" - na tym polega praca. Na wypychaniu pustką czyli maksymalizacji zysku. Bo praca to zysk ale... przecież zysk to dług, bo to zawsze pewna przyszłość. Uprawa roślin daje zysk tylko jeśli rośliny mają przed sobą przyszłość. Czy możliwy jest świat bez roślin, albo bez "robienia przyszłości" w ogóle. Jaką daje przyszłość budowniczemu wznoszenie piramidy z cukru? Ostatnio w pewnym filmie pojawił się cytat z Rollo Maya:
"Depression is the inability to construct a future."
Depresja to kryzys,
także kryzys ekonomiczny, bo ekonomia to zarządzanie zyskiem i długiem - czyli przyszłością.
Więc jeśliś dumny, ze swojego urobku i żeś się nie narobił bo cukru napchał komuś - wiedz, że jesteś tym, co piramidę stawia truchłu jakiegoś faraona (na co komu ona?), a duma to tylko podwyższony w twojej krwi cukier, puste białe, choć może słodkie, ale niesmakiem w ustach kończące się... co?
Miejsce zaszczytne należy się w tych moich zabiegach nie czemu innemu, ale refleksji nad fenomenologią pracy w jej zjawianiu się w społeczeństwie, czyli dookoła.
Praca, mianowicie, po pierwsze zasadza się na owym zjawisku rynkowym odpowiadania na potrzeby ludzi. Słowem - sprzedajemy to, czego chcą ludzie. A czego chcą? No chcą cukru dajmy na to. Więcej cukru w cukrze, cukru w czipsach, cukru w kotletach, w batonach, w keczupie, w śmietanie, w sałacie, chcą mieć pałera po prostu. Rozsadzać ramy, przenosić góry, spalać ostatnie z ostatnich trupich odłogów jakichśtam przedpotopowych trucheł roślinnych, jechać na tym do bólu i zajadać się cukrem, mieć polukrowane stosunki i wizerunki, żeby inni widzieli jak są wspaniali, lepsi, że się niczym nie przejmują i jadą, są szczęśliwi niczym dzieci! Właśnie dzieci, oto wdzięczny rynek zbytu. Pragnienia dzieci są nieskończone, multiplikują się w ich nieświadomych umysłach tak łatwo i spontanicznie jakby jakiś szalony szczep bakterii-matki, która zaraziła nas grzechem pierworodnym pragnienia cukru-szczęścia. W każdym podobno czai się dziecko-bakteria z jej dziwacznym ograniczonym wyobrażeniem szczęścia jako morza cukru. Gdzie szczęście niczym pot spływa obficie i nawilża każdy ruch nasz na planecie. Dziecko szczęścia. Bakteria-matka. Praca jako społeczna konwencja nie jest wcale taką, jaką przedstawiają nam ją ideolodzy i fetyszyści zadowolenia z siebie. Ekonomiści czyli kapłanii wielkiej religii, brygadziści nadzorujący budowę wielkich piramid z cukru mogą się jednak mylić? Jak patologiczny umysł może posunąć się do takiej tezy?
Otóż wydaje mi się - czyli co jakiś czas wśród bezkresu nicnierobienia na białej karcie mej duszy zjawia się myśl, że jesteśmy jak piromani-strażacy. Tak bezrefleksyjnie, w sposób kompulsywny i niepowstrzymany tworzymy patologie, z którymi później staramy się bezskutecznie walczyć, że nie omija ta skłonność bynajmniej tego, co czyni wolnym a więc samej pracy jako takiej. Już jej istota wciąż opierająca się o przymus dzielenia działania na produkty jest maszynerią produkującą cierpienie i nieszczęście. Przede wszystkim chodzi mi o rynek usług oczywiście, chociaż wszystkie przedmioty przeżywają ostatnio fazę redukcji do absurdu marketingowego - psują się z byle powodu, wyglądają tandetnie i groteskowo niczym kotlety z cukru, a do tego nowe modele pojawiają się szybciej niż nadążamy zauważyć, że coś mamy.
A co z usługami? Usługi - jakże wdzięczne słowo. Ze szkolnictwem, służbą... jakąkolwiek? Jakie potworki-produkty tutaj mogą powstawać. Cukrowe baby gadają z ekranu, tym samym cukrem zapchane kolejne widowiska, i watą cukrowo-papierową wypełnione obietnice rozwoju umieszczone w instytucjach. Ropa i cukier, czarne i białe. Chcieć to móc. Oto człowiek. Chce więc sobie bierze-daje i "jeszcze się tym szczyci" - na tym polega praca. Na wypychaniu pustką czyli maksymalizacji zysku. Bo praca to zysk ale... przecież zysk to dług, bo to zawsze pewna przyszłość. Uprawa roślin daje zysk tylko jeśli rośliny mają przed sobą przyszłość. Czy możliwy jest świat bez roślin, albo bez "robienia przyszłości" w ogóle. Jaką daje przyszłość budowniczemu wznoszenie piramidy z cukru? Ostatnio w pewnym filmie pojawił się cytat z Rollo Maya:
"Depression is the inability to construct a future."
Depresja to kryzys,
także kryzys ekonomiczny, bo ekonomia to zarządzanie zyskiem i długiem - czyli przyszłością.
Więc jeśliś dumny, ze swojego urobku i żeś się nie narobił bo cukru napchał komuś - wiedz, że jesteś tym, co piramidę stawia truchłu jakiegoś faraona (na co komu ona?), a duma to tylko podwyższony w twojej krwi cukier, puste białe, choć może słodkie, ale niesmakiem w ustach kończące się... co?
sobota, 10 listopada 2012
O bezdomności
Bezdomni podobno cierpią i ja im się nie dziwię. Cierpią na bezsens, który nie pozwala im się ruszyć, pójść i powiedzieć - panie, ja mogę pracować i żyć, daj mi pan pracę. Jeden nawet mnie zaczepiał, a jak się opędzałem to mi grzecznie tłumaczył, że on nie w tej sprawie, ale o sens życia chciałby mnie spytać akurat tym razem... Bezdomność. Czuję tą bezdomność prawie w każdym spotkanym Polaku. I strach, że ktoś to zobaczy, że się jest bezdomną gęstwą (jak mawiał poeta) bezsensu. Że trzeba udać jakiś patriotyzm, grzeczność, jakąś nawet ogładę i naukowość, a tak naprawdę, to przecież Polak w te rzeczy nie wierzy. Wszystko robi raczej ze strachu, że w coś wierzyć powinien niż z wiary rzetelnej. A strach jak to strach, wiadomo, bydło na sawannie jak wpada ze strchu w panikę to i swoje młode tratuje. I tak się tratujemy i my, na oślep. Nie traktujemy nawet, a tratujemy właśnie. Takie mam wrażenie, subtelne. Śródnocne ;).
| Zdjęcie zrobiła Ola |
wtorek, 9 października 2012
Niepisanie
O Jezusie patronie odkupienia win! :) Kupienie wina...Och... wino! Nie, miałem pisać o niepisaniu. Nie chce mi się ostatnio pisać ani myśleć o ludziach, o społeczeństwie, o dziejach i nadziejach. Być może jest to znakiem czasu, któren to on prowadzi mnie ku starzeniu się niehybnie i oddala te wszystkie zagadnienia koleją rzeczy prowadząc do starczego egocentryzmu. Być może! Mam zresztą wrażenie, że wszystko jest gorsze niż mi się wydawało w sprawach społecznych i że... rozwiąże się "samo". Za to mam również wrażenie, że wszystko jest lepsze niż mi się wydawało we wszystkich innch kwestiach. Tak :). Dlatego albo przez to, że zająłem się robieniem zdjęć ostatnio (na boku bloga pojawił się link flicr). Świat wydaje się pełniejszy kolorów i głębi, złożony z niezliczonej liczby płaszczyzn, które można wyostrzyć lub wręcz odwrotnie pozostawić na drugim planie. Świat wydaje się lepszy bo narzędzie jakim jest aparat metafizycznie staje się buforem oddzielającym od nieprzyjemności, staje się szkłem powiększającym przyjemność :). Dodatkowo staje się usprawiedliwieniem, jakim pewnie, dla każdego jest jego konik, dla górnika jego górnictwo, dla rolnika rola, którą gra. Część naszej ludzkiej psychiki, tak jest od dziecka rzeźbiona społecznie, że wymaga dopełnienia jakimś narzędziem, rolą. Niektórzy nawet nazywają to pasją, lub pracą, działaniem dającym... cośtam cośtam i wszystkiego po trochu.
niedziela, 29 kwietnia 2012
Polskie uczelnie - statek głupców
| Statek głupców – Hieronim Bosch |
Jak głupcy, bez celu płyniemy statkiem, który stoi w miejscu. Każdy korzysta jak może, ale statek nie płynie. Takie są nasze uczelnie.
Na statku głupców można jednak grać w karty. Można udawać, że sie żyje. Tylko, że z każdym kolejnym rozdaniem karty są coraz bardziej wypłowiałe, tak, że nie wiadomo już jakimi kartami dysponujemy w tej grze. Nikt nie wie, które karty są jeszcze coś warte, a które nie. Robimy więc dobrą minę do złej gry. Próbujemy grać na wyczucie jeszcze. Jednak każdy kolejny rocznik młodych ludzi ma coraz mniej już tego wyczucia... To nic, zawsze można z nich zrobić głupców.
Nie chodzi o to, że komuś jest źle, albo że ktoś niedokształcony i leniwy nie może znaleźć pracy. Chodzi o niesprawiedliwość całego sytemu, którą dorośliśmy by w końcu zauważyć w kontekście tego, że powoduje nieefektywność, marnotrastwo sił ludzkich i zasobów, mnożenie niepotrzebnego cierpienia.
Kapitalizm doszedł do takiego stanu, że to co kupujemy za pieniądze jest wątpliwej jakości coraz częściej. Jest namiastką, produktem - obiecanką (specjalizacja, mnożenie półproduktów, reklama-absurd) który często ma skutki uboczne dla nas, albo dla kogoś gdzieś na Ziemi.
Nie chodzi o to, że komuś jest źle, albo że ktoś niedokształcony i leniwy nie może znaleźć pracy. Chodzi o niesprawiedliwość całego sytemu, którą dorośliśmy by w końcu zauważyć w kontekście tego, że powoduje nieefektywność, marnotrastwo sił ludzkich i zasobów, mnożenie niepotrzebnego cierpienia.
Kapitalizm doszedł do takiego stanu, że to co kupujemy za pieniądze jest wątpliwej jakości coraz częściej. Jest namiastką, produktem - obiecanką (specjalizacja, mnożenie półproduktów, reklama-absurd) który często ma skutki uboczne dla nas, albo dla kogoś gdzieś na Ziemi.
Produkty najnowszej generacji są tak wyrafinowane by po prostu zwiększały zapotrzebowanie na coraz więcej tych lub innych, pokrewnych produktów. Nie spełniają swojej funkcji użytkowej, człowiek grzęźnie otoczony fizycznymi i symbolicznymi gotowcami. W ogólnym rozrachunku czuje się chory, więc idzie do lekarza, który nie leczy, ale mówi - "no to będziemy leczyć" i umawia na kolejne wizyty, z których nic nie wynika. Każdy chce nas leczyć, karmić, dostarczać nam usług, edukować, oferować pracę nawet. Ale nikt nas w systemie nie akceptuje, nie słucha, nie towarzyszy, nie chce dostosować swojej oferty (prekariat?) tak, by była prawdziwą relacją. To po prostu w tym systemie nie jest możliwe.
Stąd w amerykańskim kinie taka obsesja na temat wampiryzmu (każdy inny, drugi człowiek to dla mnie może wampir; albo nawet: "ja-wampir z wyboru") i ten powtarzający się wątek z rodziną bohatera - rodzina jako ten ostatni bastion relacji, zresztą najczęściej również kalekiej. (W polskiej rzeczywistości rodzina to też wciąż jedyna ostoja relacji, stąd ta skłonność pewnie do nepotyzmu, i ta nieufność społeczna.)
Stąd w amerykańskim kinie taka obsesja na temat wampiryzmu (każdy inny, drugi człowiek to dla mnie może wampir; albo nawet: "ja-wampir z wyboru") i ten powtarzający się wątek z rodziną bohatera - rodzina jako ten ostatni bastion relacji, zresztą najczęściej również kalekiej. (W polskiej rzeczywistości rodzina to też wciąż jedyna ostoja relacji, stąd ta skłonność pewnie do nepotyzmu, i ta nieufność społeczna.)
Nowa generacja produktów jest często gorsza od poprzedniej, to naturalne więc, że ludzie mają już teraz wątpliwości co do sensu kontynuowania tej drogi. Młodzi ludzie też stają się takim bublem produkcyjnym. Część prac jakie mogą wykonywać to wątpliwe moralnie zajęcia (proponuje się im pracę w call-centers, gdzie mają naciągać ludzi itp.) po których prawdopodobnie wzrasta zapotrzebowanie na kolejne produkty, które mają złagodzić ból egzystencji. Część z nich, która się buntuje to ta część świadoma absurdu. Bo cała gama zajęć związanych z tworzeniem alienujących produktów korumpuje się na ich oczach - po prostu jako użytkownicy, konsumenci i obywatele nie są zadowoleni z tych narzędzi jakie daje im otoczenie, szkoła, a nawet z tego, co kupują.
Coraz młodszych coraz trudniej jest więc zmotywować argumentami rodem z XIX wieku - "pracuj nierobie!". Nie wiedzą o co chodzi. Naprawdę. Dlaczego mają pracować? Żeby przeżyć? Żeby ogrodzić dom płotem? Żeby ich dzieci miały lepszy start w jeszcze gorszym świecie, w którym nie chcieliby mieć wcale żadnych dzieci?
Głupców podobno wysyłało się statkiem donikąd, bez celu. Bo głupcowi cel niepotrzebny, więc o niego nie zapyta.
Subskrybuj:
Posty (Atom)